Sztuka plątania nitek
***
niedziela, 09 października 2011

No nie nadążam, za dużo się dzieje w świecie niewirtualnym i na ten prywatny elektroniczny nie zostaje mi wiele czasu. Mam już całą kolekcję do pokazania, ale zacznę niemal od końca.

W poprzednim wpisie zapraszałam na warsztaty haftu i oczywiście na nich byłam. Warsztaty prowadziła p. Anna Staniszewska, która haftuje m.in. stroje dla zespołu "Śląsk". Przemiła i ciekawa osoba, jeśli będziecie mieć okazję, warto się wybrać na zajęcia, które prowadzi.

P. Anna przywiozła ze sobą np. takie cudo:

otok kapelusza- haft łowicki- Anna Staniszewska

otok kapelusza- wyk. Anna Staniszewska

Warsztaty zmieniły się w sumie w babskie pogaduchy z podtekstem etnograficznym, ale nie próżnowałyśmy, o nie ;)

W ciągu 3 godzin udało mi się zrobić taką próbkę:

haft łowicki koralikowy- bransoletka- wzornik

Nie jest to może bardzo dużo, ale też nie miałam specjalnie wiele do czynienia wcześniej z haftem koralikowym. Ciekawostka jest taka, że nie ma tu gotowych wzorów i bardzo sztywnych reguł, wszystko się wymyśla w trakcie pracy. Muszę jeszcze popracować nad techniką, w każdym razie spodobało mi się i jest nadzieja, że nie będzie to ostatnie podejście do tematu ;)

piątek, 16 września 2011

Jutro w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie odbędą się warsztaty "Łowickie zdobienia ludowe". Jeśli macie ochotę się wybrać, to szczegóły znajdują się na stronie

http://ethnomuseum.website.pl/doc_1206-_warsztaty-z-cyklu-sciezki-tradycji-lowickie-zdobienia-ludowe.html

Jeszcze można się zapisać :)

Tagi: warsztaty
11:16, ziczac , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 sierpnia 2011

Skoro stopka do marszczenia wzbudziła zainteresowanie, podrzucam garść informacji.

Takie stopki mam dwie, różnią się sposobem mocowania:

stopki do marszczenia-janome i łucznik

Po lewej szybkowymienna stopka Janome, po prawej noname z allegro pasujący np. do Łucznika z wysokim uchwytem. Są też podobne do niskiego uchwytu, więc każdy powinien znaleźć model pasujący do maszyny.

Here you can see two types of gathering foot- Janome on the left and no-name which can be used with old Lucznik.

Tak wyglądają te stopki od spodu:

różne stopki do marszczenia

Jak widać to, co je wyróżnia, to "schodek" na spodniej stronie, właśnie na nim blokuje się tkanina i dzięki temu robią się fałdki.

This is how they look on the bottom. The "step" is what makes fabric gather.

Mocowanie stopki szybkowymiennej wymaga trochę wprawy, trzeba ją najpierw zaczepić tylną poprzeczką o uchwyt (w Janome jest na to odpowiednie miejsce, inne modele maszyn być może potrzebują dedykowanej stopki), a dopiero potem wciskać przednią w miejsce mocowania typowej stopki.

Stopkę zintegrowaną z uchwytem mocuje się jak każdą taką- przykręcając śrubą.

Jak się tego używa:

z moich prób wynikło, że najlepiej ustawić ścieg prosty (stebnówkę) na maksymalną długość i do tego ustawić maksymalnie naprężenie górnej nici. Bierzemy naszą tkaninę, wkładamy pod stopkę i szyjemy:

 

 

Trzeba pamiętać, żeby nie ciągnąć za tkaninę wychodzącą spod igły. Żeby się zmarszczyła, musi mieć luz, tak więc nie używamy standardowych przyzwyczajeń, pozwalamy prawej ręce odpocząć i patrzymy, jak robią się fałdki.

I już. Robi się samo.

 

How to use:

Set the maximum lenght of stitch and maximum thread tension and just let the fabric go. Don't pull the fabric as it needs to be loose to gather.  That's all :)

 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Jak zwykle szybciej robię różne rzeczy niż o nich piszę...

Tak więc w zeszłym tygodniu popełniłam taki oto mini obrus w celu udoskonalenia balkonowych okoliczności przyrody.

obrus z falbanką- romantyczność balkonowa i krata shabby chic ;)

 

Oczywiście balkon sam w sobie nie przestał być z tego powodu obdrapany, ale możemy się umówić, że jest shabby chic ;) Zielonego na zdjęciu nie widać, ale tam jest ;)

Ponieważ jak widać nie mam specjalnych umiejętności stylizowania wnętrz w celach fotograficznych, zamiast wyrafinowanymi ujęciami podzielę się zbliżeniem falbanki:

falbanka obrusa na balkon

 

Do zrobienia falbanki wykorzystałam stopkę do marszczenia- całkiem praktyczna rzecz. Marszczenia są od razu unieruchomione, nic się nie przesuwa w odróżnieniu od takich robionych na maksymalnie poluzowanej nici- przy długiej falbance to spory plus. Jedyna wada to taka, że standardowa stopka Janome marszczy stosunkowo niewiele (zużyłam 1,5 długości tkaniny) i na potrzeby ułożenia większych zakładek rozważam dokupienie specjalistycznej stopki. Mam też wrażenie, że stopka łucznikowa marszczyła bardziej- muszę spróbować, ale chwilowo mam tylko taką z wysokim uchwytem. W każdym razie jeśli ją gdzieś macie w swoich zbiorach, być może warto ją odkurzyć ;)

W tym przypadku marszczenie akurat pasowało, więc nie narzekam :)

Odważyłam się też użyć stopki do podwijania- tej, która budzi u wielu osób duże emocje, bo faktycznie nie jest na początku łatwa w użyciu. Popróbowałam, poćwiczyłam i okazało się, że się da :) I efekt jest fajny, bo obręb jest wąski, dużo węższy niż założony ręcznie.

Tak więc mam romantycznie, zielono i nawet lampkę romantyczną mam i latarenkę niczym ze starego słupa, jeszcze gdyby ktoś znalazł pomysł na przeklęte komary, byłoby rewelacyjnie ;)

A tymczasem zamiast przesiadywać przy stoliczku zajmuję się zmianą koloru płytek w łazience, jestem cała utytłana w farbie i zaliczyłam bliskie spotkanie z resztką sylikonu, więc chwilowo z romantycznego popołudnia przy herbatce nici, a sprawozdanie z tego, co zrobiłam w tym tygodniu, tradycyjnie za jakiś czas ;)

czwartek, 04 sierpnia 2011

Skończyłam w ostatnim tygodniu dzieciową kołderkę, ostatecznie wygląda tak:

The final version of my sons' quilt:

patchworkowa kołderka Edwarda

 

patchworkowa kołderka Edwarda

Zdaję sobie sprawę, że kolory są, hmmm, alternatywne i niekoniecznie do zaakceptowania w eleganckich wnętrzach, ale właściciel kołderki jest raczej młodym kawalerem, a zamierzenie było takie, żeby było to coś do opowiadania- każdy blok może być pretekstem do jakiejś historii albo służyć do zabawy w znajdowanie szczegółów.

 Parę szczegółów technicznych, o ile kogoś interesują:

Tkaniny są z różnych źródeł- z 2 polskich sklepów internetowych, od Krysi T., z Ikei (to i owo było prześcieradłem) i nawet są jakieś kawałki, które kiedyś były koszulami ze szmateksu, jednym słowem wszystko się nada ;)

Duże motywy to ręcznie przyszyte aplikacje z ciętym brzegiem, uprzednio zamocowane za pomocą dwustronnej flizeliny. Jak na razie nie zauważyłam, żeby się coś złego z nimi działo.

W środku siedzi bawełniana ocieplina, świetna w pikowaniu, polecam z czystym sumieniem :) Pikowanie zrobiłam na maszynie gł. lotem trzmiela, chociaż zdarzają się wyjątki ;)

Lamówkę zrobiłam techniką double fold binding- też polecam, robi się szybko, zużywa stosunkowo mało tkaniny, w zasadzie nie ma prawa nie wyjść. Do spodu oczywiście przyszyłam lamówkę ręcznie (chociaż niektórzy robią to maszynowo)- przydaje się naparstek ;)

Całość ma 95x95cm.

 

My son is rather small so I used bright, children's colors and tried to make it a pretext to tell stories or play finding things. I used fabrics from many sources, even some Ikea and second-hand cloths. There's cotton batting inside, the binding is double fold binding- I really enjoyed this- it's easy and fast to make.

The whole quilt is 95x95cm (a little over 1x1 yard).

wtorek, 19 lipca 2011

Czegóż to ja dziś nie robiłam... Ok, porządków nie robiłam i nie byłam w pracy, przyznaję się bez bicia ;) Za to byłam na wystawie makatek. Tak tak, naprawdę ;) I wcale nie w Warszawie, nie w Łodzi, nie  w (wpisz dowolne duże polskie miasto). Byłam na bardzo, bardzo fajnej wystawie w Wołominie.

Kto regularnie czytuje tego bloga, wie, że na słowo makatka, starocie i retro reaguję natychmiastowo, więc kiedy moja mama stwierdziła, że podobno jest wystawa makatek, nie mogłam jej ominąć :)
Było... super. To znaczy pokazano naprawdę sporą kolekcję makatek,  w większości z prywatnych zbiorów, czyli przedmioty, które na co dzień pokutują w szufladach i nie ma szans, żeby je zobaczyć. W pewnym stopniu podzielono wystawę tematycznie, tzn. makatki zostały pogrupowane wg. motywów (kucharki, holenderskie, dzieci itd.). Oprócz samych haftów można zobaczyć też kilka makatek drukowanych i stare wzory odrysowane na kalkach. Całości towarzyszą meble i elementy wyposażenia na oko sprzed 50 lat.

makatka jak moja

Pamiętacie zagadkę? Znalazłam jej siostrę :)

 

makatka z pawiem

Ten motyw bardzo mi się spodobał, zwróćcie uwagę, jak dużo pracy wymagał.

makatka wstrząstająca

 Makatka wstrząsająca ;)

kto rano wstaje

makatka plotkarska

makatka ręcznik

Makatka do zasłaniania ręczników

 

A ponieważ wprosiłam się też do magazynu, znalazłam tam “zbiory” dla zainteresowanych zupełnie innym tematem ;)


saab

saab

 

Wystawę można oglądać w Galerii przy Fabryczce do końca sierpnia
ul. Orwida 22
Wołomin   
pn-pt 10.00-17.00
nd 10.00-16.00

wstęp co łaska

Do wystawy dołączono bardzo ładnie wydany katalog, warto o niego zapytać.

strona galerii

Jeśli ktoś ma ochotę się wybrać, to najłatwiej jest dojechać do Wołomina pociągiem z dworca Warszawa Wileńska, honorowane są bilety ZTM na drugą strefę.

A potem miałam jeszcze wolne popołudnie i robiłam to:



fartuch kuchenny hand made

 

i to:

torba zakupowa koniczyna

 

i jeszcze skonczyłam pikować kołderkę Edka:

kołderka Edka po wypikowaniu

 

Chyba musicie sobie wyobrazić, że jest wypikowana, o północy kiepsko się robi zdjęcia.

Lubię mieć wolny poniedziałek :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

W zasadzie już dawno powinnam napisać, ale dopiero wczoraj zebrało mi się na szycie ;)
A zatem pierwsza część prezentu urodzinowego wygląda tak:

torba wg. Cath Kidston, z tkanin dołączonych do książki

 

Tkanina na torebkę była dołączona do prezentu podstawowego, czyli tej książki:

sew! Cath Kidston- prezent urodzinowy

 

A żeby wpis miał jakiś sens, to popastwmy się nad samą książką ;)
Sew! jest całkiem przyjemnym zbiorem przepisów na rozmaite domowe drobiazgi: poduszki, fartuchy, proste torebki. Jest i opakowanie na iPoda (o ile ktoś ma), i kocyk z aplikacją, i jakieś maleństwa typu ptaszki i pieski, a wszystko to w typowym dla Cath Kidston stylu vintage. Na jednym ze zdjęć znalazłam nawet tkaninę w różyczki identyczną z tą, z której moi dziadkowie mieli pościel. Nie ukrywam, że z chęcią bym taką kupiła, ale jak na złość nigdzie jej nie ma... A może za kiepsko szukam ;)
W każdym razie jeśli lubicie takie klimaty, to Sew! jako inspiracja sprawdzi się doskonale.
Teraz kwestie techniczne: do książki dołączona jest wkładka z wykrojami naturalnej wielkości, wydruk jest kolorowy i- wydaje mi się, bo jeszcze nie korzystałam- jest zrobiony całkiem nieźle. Jako tło jest kratka o boku 1cm, co ułatwia przenoszenie wykroju. Poszczególne kontury mają różne kolory i są rozłożone dość rzadko, więc nie powinno być dużych problemów ze znalezieniem właściwej linii. Arkusz jest zrobiony z papieru zdecydowanie grubszego niż  gazetowy, chociaż mógłby być lepszy.  Ale z całą pewnością nie jest to arkusz wykrojów Burdy- i dobrze.
Oprócz wykrojów znajdziecie dołączoną do książki przyciętą tkaninę, guziki i nawet metkę Cath Kidston (jeśli ktoś musi jej użyć- ja zrezygnowałam), jednym słowem wszystko, co jest potrzebne do uszycia torebki z okładki. Dla dociekliwych: tkanina jest zbliżona konsystencją i grubością np. do tkaniny Frederika z Ikei. Jeśli chodzi o samą torebkę- to nie jest to żaden zaawansowany projekt, nie ma usztywnienia i podszewki, więc sprawdzi się raczej jako ozdobnik w domu niż torebka do codziennego używania. Czyli- jak to z gratisami bywa- dołożono najmniej, jak się dało. W książce jest drugi projekt, który już ma podszewkę, zapięcie i nieco solidniejsze mocowanie paska, i jeśli potraktuje się go jeszcze grubą flizeliną albo kamelą, powinien zdać egzamin.
Co do zawartości merytorycznej, to nie jest to, wbrew temu, co napisano w przedmowie, książka dla zupełnie początkujących. Część “teoretyczna” jest stosunkowo niewielka, to nie jest pozycja dla ludzi, którzy chcą nauczyć się szyć, raczej dla kogoś, kto już wie, jak się posługiwać maszyną albo przynajmniej ma podręcznik szycia. Opisy wykonania są dość precyzyjne, chociaż mam wątpliwości, czy ktoś bez doświadczenia sobie poradzi. Nie ma obrazków krok po kroku, trzeba się wczytać w opisy, znajomość angielskiego może się okazać niezbędna.
Podsumowując- jeśli lubicie ten styl, macie choćby niewielkie doświadczenie w szyciu i szukacie niezbyt skomplikowanych, szybkich projektów, to kupić tę książkę warto. Jeśli szukacie swojej pierwszej książki o szyciu, to Sew! raczej nie będzie dobrym wyborem, ale można ją potraktować jako inspirację obok solidnego podręcznika.

A dla chcących pogrzebać w temacie artykuł o Cath Kidston w Wysokich Obcasach.


wtorek, 28 czerwca 2011

Wróciłam z zupełnie niezagranicznych wojaży :) A po drodze wróciłam do szydełka:

koronka do zasłony w kuchni

Jest tego 120 cm, jeszcze nieuprane, dlatego nie wygląda szczególnie wyjściowo. Będzie dołem zasłony.

Wróciłam też do kwestii pozbywania się nadmiaru zasobów. Koronka została zrobiona z nici zalegających w pudle pod łóżkiem. Są tak wydajne, że... nadal są. I to w dużej ilości. Na dodatek nie wiem, co to za nici konkretnie, bo zgubiłam banderolę. Grubość w każdym razie 20, w typie Traditions, chociaż nie widać charakterystycznych gruzełków. Znalazłam tego dwa rozgrzebane motki i nadal je mam, bo się okazało, że trzeba się mocniej przyłożyć do ich zużycia, a zużyć trzeba, bo są duże i zajmują miejsce.

Wróciłam też do klimatów wiejskich w zakresie od skansenów do wsi sprzed lat trzydziestu? pięćdziesięciu? Chodzi za mną stylistyka z czasów troszkę dawniejszych niż lata 90- to chyba widać? Powiedzmy, że przez tydzień byłam u siebie.

Winnica

 

poniedziałek, 20 czerwca 2011

W zeszłym roku odwiedzał nas przez całe lato kot, mieliśmy dla niego zawsze jakiś koci posiłek i generalnie nikomu nie przeszkadzał. W zasadzie byłam gotowa go przygarnąć na zimę, ale najwyraźniej jego właściciele (a raczej gospodarze) wrócili z wojaży, bo pod jesień kot sobie poszedł. Zatem na razie nie mam kota (przynajmniej takiego żywego, bo innego pewnie mam ;) ), ale w ogóle koty lubię i nawet przez lata nabyłam w tej kwestii pewnego doświadczenia.

Kiedy zobaczyłam ten wzór, po prostu musiałam go wyszyć:

obrazek z haftem krzyżykowym i koralikami- kot

Szybka robota dla oderwania się od UFO ;)

Kot ma jeszcze rodzeństwo w postaci ptaszka, ale muszę go uprać przed pokazaniem ;)

A ponieważ wyjeżdżam na parę dni i raczej nie będę w sieci, zdaję szybką relację z postępów kołderkowych :)

pikowanie

pikowanie

Mam już wypikowane cztery bloki, przede mną jeszcze dwanaście :)

wtorek, 14 czerwca 2011

... które obchodzę... w pracy, tradycyjnie ;) Nie ma to jak być adminem :)

Ale jako że nic się nie dzieje, poświęciłam trochę czasu na pikowanie zaległej kołderki i muszę powiedzieć, że ostatnie (tzn. z ostatniego roku, nie żebym co chwila coś kupowała) zakupy maszynowo- ocieplinowe naprawdę czynią różnicę :)

A zatem:

  • krocząca stopka ze sprężynką to zupełnie co innego niż stopka z "wichajstrem", którą miałam do starej maszyny. Pracuje o wiele ciszej i wydaje mi się, że płynniej.
  • nie ma to jak opuszczane ząbki w maszynie. W moim pierwszym Łuczniku (z wczesnych lat 80) miałam opuszczane ząbki, a w drugim uszczęśliwiono mnie na siłę płytką zasłaniającą transporter. To, co myslę o takim rozwiązaniu, nie nadaje się do zacytowania. Janomka ząbki opuszczane ma i wreszcie nie muszę się z tym wynalazkiem użerać.
  • uwielbiam, po prostu uwielbiam dodatkowy stolik do maszyny. W dawnych czasach, gdy wszystko trzeba było jakoś obchodzić, dziewczyny radziły obkładać maszynę dookoła grubymi książkami, żeby powiększyć pole pracy. Przy pikowaniu większych rzeczy faktycznie ciężko się pracuje, kiedy nie ma dodatkowego podparcia dla kołderki. Wyciągnęłam zatem stolik, przyczepiłam mu wreszcie nóżki, ustawiłam całość w poziomie- i okazało się, że nagle mogę normalnie pracować. Chwała temu, kto wymyślił stoliki :)
  • no i wreszcie bawełniana ocieplina. Pisałam już, że ułatwia kanapkowanie (bo "przykleja się" do tkaniny). A teraz mogę z czystym sumieniem napisać, że dużo łatwiej jest pikować kołderkę z taką ociepliną, bo nie jest nazbyt puchata i bez problemu mieści się w maszynie. Nawet jest jeszcze dużo miejsca dookoła, co daje nadzieję na bezproblemowe przepikowanie dużo większej twórczości ;) Oczywiście jeśli ktoś potrzebuje wyglądu kołdry, to w żaden sposób go nie uzyska, ale jeśli chce się mieć kołderkę raczej w typie narzuty, to bawełniana ocieplina jest dobrym tropem.

A ciekawi, co dostałam, muszą poczekać, bo najważniejsza część programu dopiero sobie do mnie jedzie :)

... które obchodzę... w pracy, tradycyjnie ;) Nie ma to jak być adminem :)

Ale jako że nic się nie dzieje, poświęciłam trochę czasu na pikowanie zaległej kołderki i muszę powiedzieć, że ostatnie (tzn. z ostatniego roku, nie żebym co chwila coś kupowała) zakupy maszynowo- ocieplinowe naprawdę czynią różnicę :)

A zatem:

  • krocząca stopka ze sprężynką to zupełnie co innego niż stopka z "wichajstrem", którą miałam do starej maszyny. Pracuje o wiele ciszej i wydaje mi się, że płynniej.
  • nie ma to jak opuszczane ząbki w maszynie. W moim pierwszym Łuczniku (z wczesnych lat 80) miałam opuszczane ząbki, a w drugim uszczęśliwiono mnie na siłę płytką zasłaniającą transporter. To, co myslę o takim rozwiązaniu, nie nadaje się do zacytowania. Janomka ząbki opuszczane ma i wreszcie nie muszę się z tym wynalazkiem użerać.
  • uwielbiam, po prostu uwielbiam dodatkowy stolik do maszyny. W dawnych czasach, gdy wszystko trzeba było jakoś obchodzić, dziewczyny radziły obkładać maszynę dookoła grubymi książkami, żeby powiększyć pole pracy. Przy pikowaniu większych rzeczy faktycznie ciężko się pracuje, kiedy nie ma dodatkowego podparcia dla kołderki. Wyciągnęłam zatem stolik, przyczepiłam mu wreszcie nóżki, ustawiłam całość w poziomie- i okazało się, że nagle mogę normalnie pracować. Chwała temu, kto wymyślił stoliki :)
  • no i wreszcie bawełniana ocieplina. Pisałam już, że ułatwia kanapkowanie (bo "przykleja się" do tkaniny). A teraz mogę z czystym sumieniem napisać, że dużo łatwiej jest pikować kołderkę z taką ociepliną, bo nie jest nazbyt puchata i bez problemu mieści się w maszynie. Nawet jest jeszcze dużo miejsca dookoła, co daje nadzieję na bezproblemowe przepikowanie dużo większej twórczości ;) Oczywiście jeśli ktoś potrzebuje wyglądu kołdry, to w żaden sposób go nie uzyska, ale jeśli chce się mieć kołderkę raczej w typie narzuty, to bawełniana ocieplina jest dobrym tropem.

A ciekawi, co dostałam, muszą poczekać, bo najważniejsza część programu dopiero sobie do mnie jedzie :)

poniedziałek, 06 czerwca 2011

Jestem już z powrotem w domu, tzn. jestem od czwartku, ale wciąż odkrywam nowe sprawy do załatwienia :)

Miałam chwilę na Kraków, niestety nie znalazłam nic szczególnie ciekawego w pasmanteriach, ale może kiepsko szukałam (albo u nas jest za duży wybór ;) ). W ogóle mam wrażenie, że sklepy naziemne jakieś takie są niestabilne, człowiek się przyzwyczaja, a tu już nic nie ma, albo asortyment juz nie ten... i nie tyczy się to wyłącznie Krakowa. Zaczynamy chyba osiągać stan, kiedy bez sklepów internetowych człowiek sobie nie poradzi...

Ale żeby nie było, że tak całkiem nic nie upolowałam, to pochwalę się zdobyczą okołorobótkową:

książki robótkowe kupione w Krakowie

Coś więcej się postaram w wolnej chwili o nich napisać, na razie zdążyłam przekartkować.

A po powrocie czekało na mnie to:

tkaniny z serii Gypsy Bandana Michaela Millera

 

No i miałam się już- już tymi tkaninami zająć, ale w ten weekend piaskownica była ważniejsza, więc czekam na następną wolną chwilę ;)

środa, 25 maja 2011

Robię się nudna, wiem ;) Tak naprawdę mam jeszcze nieobfotografowany jeden krzyżykowy drobiazg i jeszcze jeden kończę, ale dziś ciąg dalszy szycia.

Tym zajmowałam się w piątek:

kołderka dla Edka

Tzn. złożyłam kanapkę i sfastrygowałam całość, czas na pikowanie. Oczywiście wierzchem zajmowałam się przez ostatnie miesiące, nie żebym była taka szybka ;)

Pierwszy raz robiłam to w cywilizowany sposób na podłodze, wcześniej nie dysponowałam podłogą bez wykładziny. Bardzo mi się taka metoda podoba.

Muszę pochwalić niedawny zakup, tzn. bawełnianą ocieplinę od Robina: nic się nie ślizga, nie przesuwa, po złożeniu całości tkaniny trzymają się tej ociepliny i wcale nie mają ochoty się przemieszczać, po prostu rewelacja :)

Odpowiedź na pytanie Yenulki: przyklejenie spodu do podłogi nie przeszkadza, bez problemu mogłam podnieść kanapkę na tyle, żeby przesunąć pod nią igłę. Myślę, że ocieplina też tutaj swoje robi, spód od niej nie odpada.

Więcej o kołderce napiszę, jak już będzie w całości.

 

This is what I made on Friday. I assembled the quilt sandwich, it's now ready to quilt. It was the first time when I could do this normally on the floor, I didn't have floor without carpetting before. I must say I really like the method.

It was also the first time I used cotton batting, it was unavailable in Poland before. I like the way it works, that it "catches" fabric and nothing moves.

 

A to zmajstrowałam w niedzielę:

patchworkowy woreczek z motywem dziewczynki

Z woreczkiem była taka historia: mój syn zażyczył sobie materiał "w dziewczynki" (tzn. wiedziałam, że przeglądanie nowości w sklepach ze szmatami jest groźne dla mojego portfela, ale nie przypuszczałam, że robienie tego z dzieckiem lat dwa i pół zmusi mnie do zrobienia zakupów już ;) ). "Dziewczynki" zostały zakupione, potem musiałam w kółko odpowiadać na pytanie "gdzie dziewczynki", potem przeszłam etap myślenia, co z tego właściwie uszyć, a po drodze musiałam jeszcze dobrać jakieś sensowne tkaniny, co się okazało najtrudniejsze, bo niekoniecznie jest to mój zestaw kolorystyczny. W każdym razie efekt jest całkiem zadowalający, młodzieży się podoba ;) Dziewczynek mam jeszcze trochę, trzeba będzie podjąć wyzwanie ;)

 

And this is what I made on Sunday. My son (2,5 years old) was watching new fabrics at shop with me and wanted "girls", so I had to buy some fabrics earlier than I planned ;) These are not really "my" colours, and I had a little problem to choose something matching and then another problem what to sew ;) Anyway, the final effect isn't bad ;) I have some more "girls"  and it's going to be a challenge :)

poniedziałek, 23 maja 2011

No właśnie- będę pod koniec tego tygodnia i na początku przyszłego w Krakowie. Poradźcie, gdzie się wybrać pod kątem robótek. Wiem, że nie ma już sklepu na Kalwaryjskiej, ale mam nadzieję, że są jakieś inne miejsca, które warto odwiedzić. A może są jakieś wystawy w robótkowym klimacie?

17:20, ziczac , inne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 maja 2011

No właśnie: ile to jest fat quarter, layer cake, charm pack? Kupując tkaniny na odległość trudno jest czasem wyobrazić sobie, ile to faktycznie tkaniny. Mam akurat pod ręką przycięte "gotowce", więc zanim je potnę, zrobiłam zdjęcie poglądowe:

porównanie FQ, LC, CP- jaka to ilość tkaniny

Po prawej stronie umieściłam dla porównania kartkę A4.

Tkanina w czerwone kropki to mniej-więcej fat quarter, kupowane w Polsce i liczone wg. polskich miar, czyli ok. 50x55cm. Zachodnie FQ będzie o kilka cm krótsze. Jak widać, można z takiego kawałka wyciąć całkiem sporo, nie tylko elementy patchworka. Wystarczy np. na niedużą torebkę.

Tkanina w kwiaty to layer cake, czyli zestaw kwadratów 10x10'' (ok. 25x25cm). Takich kwadratów jest w zestawie 42. To naprawdę dużo tkaniny, można z tego uszyć słusznych rozmiarów kołderkę (oczywiście na narzutę na podwójne łóżko to za mało, trzeba dołożyć albo część drugiego LC, albo jakieś inne tkaniny).

Szaroniebieska tkanina to charm pack, czyli zestaw kwadratów 5x5'' (ok. 12,5x12,5cm). W takim zestawie również jest 42 kwadraty. W sumie zajmą powierzchnię większą niż FQ, na torebkę albo nieduży bieżnik wystarczy z powodzeniem.

Łatwo zauważyć, że kwadrat z LC "pomieści" 4 z CP. Ale uwaga: po zszyciu małe kwadraty zajmą mniejszą powierzchnię niż jeden duży i trzeba go będzie przyciąć. Warto o tym pamiętać planując pracę z wykorzystaniem obu rodzajów "gotowców". Generalnie trzeba pamiętać, że każde cięcie i zszycie to strata 1/4'' (albo takiej szerokości stopki, jaką macie), czyli im bardziej pokawałkujemy tkaninę, tym mniej jej otrzymamy na końcu. Kwadrat 5x5'' bo wszyciu będzie miał 4,5x4,5'' (odejmujemy 1/4'' z każdej strony na szew).

Oczywiście trzeba też zaplanować odpowiednią ilość tkaniny na spód kołderki, podszewkę torebki, czy na lamówki.

Z drugiej strony łatwo wykorzystać "gotowce" do zrobienia czegoś większego przez dodanie jednobarwnej tkaniny dopasowanej kolorem do zestawu. Wystarczy ułożyć kwadraty w szachownicę i w cudowny sposób otrzymujemy dwa razy więcej tkaniny ;) Możliwości jest mnóstwo :)

 

piątek, 06 maja 2011

Marzenia się spełniają. Dostałam w Wielkanoc prezent.

Prezent wygląda tak:

płótno babci Andzi

płótno babci Andzi

Na pierwszy rzut oka niepozorny, prawda?

Co w nim niezwykłego? Ta tkanina nigdy nie była w fabryce ani w sklepie. Została od początku do końca wykonana przez moją prababcię. Wszystko- przygotowanie włókien, przędzenie, bielenie i tkanie- zrobiła jedna osoba. A potem dała to płótno swojej synowej, a mojej babci, gdy urodziła pierwszego syna. "Uszyjesz sobie coś z tego". "Co i kiedy ja będę szyć?" Babcia wrzuciła płótno do szafy z założeniem, że kiedyś może się przyda. To było ponad 50 lat temu.

Strach je zniszczyć, więc na razie będzie sobie leżało u mnie, a może kiedyś będę miała dość odwagi, żeby odciąć kawałek i coś wyhaftować.

Nie miałam szans poznać babci Andzi, ale podziwiam jej umiejętności.

Warto mieć marzenia :)

 

Last Easter I got a gift from my grandma. Looks inconspicuous, don't you think?

But there's something extraordinary in it. It's not an ordinary linen that you can buy everywere. It's a linen that was made by my great grandma Andzia. She spun the thread, made it white and then weaved the fabric. Everything made by one person. She gave the linen to my grandma who never had an idea, what to use it for. Now it came to me and perhaps I'll be brave enough to cut a piece and embroider it some day. 

Dreams come true.

czwartek, 05 maja 2011

Była u mnie wczoraj Yenulka i popełniła taką torbę:

torba uszyta przez Yenulkę na

To było jej pierwsze podejście do maszyny w ogóle. Znaczy się można i warto próbować, bo szycie naprawdę nie jest trudne :) Więcej przeczytacie u Yenn.

This is a bag that was sewn by Yenulka yesterday. It was her first attempt to sew. I'm a proud teacher ;)

niedziela, 01 maja 2011

... ale na torbach już wiosna :)

torba zakupowa wiosenna

wiosenna torba zakupowa

 

Popełniłam takie trzy w święta, jedna poszła w świat zanim zrobiłam zdjęcia. Torby bez żadnych bajerów, zwykłe na zakupy, tyle że w przyjaźniejszych kolorach niż standardowe z surówki. Dla ciekawych- tkanina z Ikei- jedna z tańszych ;) Czy tam na górze słychać, że moje pomidory potrzebują 15stC?

I made three such bags during Easter, one was taken before I took the photos. It's so cold, that the bags are the only spring accent now. The fabric is a cheap one from Ikea. Can you hear up there that my tomatoes need higher temperature?

czwartek, 28 kwietnia 2011

Tak tak, naprawdę coś szyję, o ile tylko znajdę czas. A dokładniej więcej szyję niż robię zdjęcia, dlatego dziś tylko poduszka, a reszta przy okazji.

Wierzch poduszki był już dawno i nawet go tu pokazywałam. W święta doczekał się spodu i oto efekt:

poduszka zoologiczna

 

Tkanina jest na tyle ciekawa, że nie chciałam jej ciąć na mniejsze kawałki, dlatego dodałam jedynie ramkę. Wierzch jest podklejony ociepliną, która nadaje mięsistości no i sprawia, że całość mniej się gniecie. Z tyłu wstawiłam suwak w odszytym "okienku" (nie wiem, jak to fachowo nazwać)- chciałam się nauczyć tego sposobu wszywania.

Tematyka- jak widać- stosowna do wieku właściciela, tzn. mojego syna :)

Finally I finished pillow cover for my son Edward. I liked the fabric so much that I decided not to cut it into small pieces and only added a frame around it. There's a kind of soft interfacing ironed on the top to make the cover soft and prevent creasing.The theme- as you can see- is appropriate for small child :)

środa, 13 kwietnia 2011

Przeprowadziłam ostatnio niezbyt kosztowny (na szczęście) eksperyment, bo zależało mi na dwóch konkretnych numerach Cross Stitchera, ale nie miałam ochoty płacić tyle, ile liczy sobie znana wszystkim sieć. Otóż Cross Stitchera i różne inne przyjemne gazetki można kupić w rozsądnej cenie (w wersji elektronicznej) korzystając z usługi Zinio. Zamówić można pojedyncze egzemplarze i całe prenumeraty. Za dwa numery wyszło mi nieco ponad 27zł, czyli sporo mniej niż za jeden papierowy.

Żeby nie było tak zupełnie różowo, to niestety Zinio ma kilka wad i trzeba o nich napisać, tak więc poniżej zestaw za i przeciw :)

Za:

  • cena, naprawdę atrakcyjna, ale bierzcie pod uwagę, że do ceny podanej na stronie doliczany jest vat
  • dostęp do starszych numerów
  • gazetki nie zajmują miejsca na półce
  • możliwość zajrzenia do środka przed zakupem
  • dostęp do magazynów nieosiągalnych w Polsce
  • dostępność na wielu różnych platformach

Przeciw:

  • gazetki mogą mieć zablokowaną opcę drukowania i zakup tego nie likwiduje. To oznacza, że mogą być dostępne tylko jako obraz na ekranie. W przypadku wzorów do haftu jest to cokolwiek uciążliwe. Oczywiście jak człowiek musi, to zrobi screena i sobie poradzi, ale przecież nie o to chodzi w sytuacji, kiedy się zapłaciło za produkt.
  • czytnik jest ciężkawy i dość powolny. Nie ukrywam, że to irytuje.
  • korzystanie z wersji elektronicznej jest nieco kłopotliwe- trudniej ją zabrać do pociągu ;) (nie mam żadnego komputera nadającego się do noszenia na co dzień w torbie)

Efekt eksperymentu?

Na razie uznałam, że potraktuję to jako rozwiązanie awaryjne w sytuacji, gdy na czymś będzie mi mocno zależeć, a nie będzie innej rozsądnej drogi. Raczej nie polecałabym prenumeraty. Jeden numer można wydrukować, a drugi ma tę opcję zablokowaną, czyli nie wiadomo, czego się spodziewać nawet w obrębie jednego tytułu. Jest to oczywiście jakaś opcja dla oszczędzających, w końcu lepsza wersja elektroniczna niż żadna, a cena jest zachęcająca ;), ale jeśli chodzi stronę technologiczną, to wygląda na to, że jeszcze długa droga przed nami :)

Tymczasem Amazon się zebrał w sobie i wysłał moje całkowicie papierowe zamówienie, więc miejmy nadzieję na bardziej pozytywne recenzje ;)

niedziela, 03 kwietnia 2011

Ilość spraw do zrobienia ostatnio mnie przerasta. Jedną notkę piszę tygodniami. W związku z tym mniej dziś będzie pisaniny, więcej oglądania. Coś tam ostatnio zdziałałam, jeszcze parę rzeczy czeka w kolejce na ten piękny dzień, kiedy będę mogła spokojnie sobie pociąć tkaniny.

Na pierwszy rzut dzieciowe torebki, mój syn ostatnio "chodzi na zakupy" ;)

 

torebki na zakupy

 

ikea purses- torebki

 

Torebek było w sumie więcej, rozeszły się po mniej i bardziej znajomych dzieciach. Zakupowe są na podszewce, nie mają żadnych siepiących się szwów na wierzchu. "Portmonetki" też mają podszewkę i zapięcie na magnes- łatwiejszy do otwarcia dla małych rączek, ale wystarczająco mocny, żeby się same nie otwierały. Chyba muszę pomyśleć o pomocy edukacyjnej z różnymi zapięciami.

Skończyłam też ostatni zestaw pachnący, nigdy więcej takich ogryzków tkaniny:

zielone jabłuszka- haft krzyżykowy, wzór DMC

Ten motyw wydaje mi się najmniej atrakcyjny z tych czterech, które kupiłam. Jakoś się te jabłka gubią, sploty na koszyku też, od biedy można poznać, co jest na obrazku. Za to nić faktycznie pachnie zielonym jabłuszkiem i to nawet niechemicznie. Pozostaje wymyśleć, do czego te minihafty mam zużyć.

Swoją drogą oglądałam w pasmanterii te zestawy. Wzory całkiem sympatyczne, ale tkaniny jest tyci-tyci, żeby przypadkiem nie udało się takiego haftu do czegoś użyć. W zasadzie należałoby wziąć kilka takich wzorów, spory kawałek tkaniny i zrobić z tego sampler albo ozdobną taśmę. Tylko nie rozumiem, dlaczego mam płacić 15zł za kilka nitek i skrawek aidy, której nie użyję. Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby takie wzory zostały wydane w postaci niedrogiego wzoru (samego) albo (lepiej) książeczki (hurtem), ale nie jako zestaw, bo mam nieodparte wrażenie przepłacenia. W każdym razie nie kupiłam, uznałam, że mam za dużo wzorów i marnujących się tkanin i nici w domu, żeby wydawać pieniądze na takie coś. Kryzys weryfikuje wybory ;)

wtorek, 22 marca 2011

Tak tak, niepomna doświadczeń, z nadzieją, że coś się jednak zmieni , wybrałam się na wystawę haftu organizowaną przez DMC, Galplast i pomniejsze firmy. Gdyby ktoś się jednak miał zamiar wybrać, to było tak:

Tradycyjnie było pokazanych trochę obrazków, stosunkowo niedużo jak na możliwości DMC. Część obrazków była wykonana wg. wzorów z książki Fleurs au point de croix Thei Gouverneur. Obrazki naprawdę ładne, wzory są dopracowane i dają fajne efekty, tak więc jeśli ktoś szuka motywów kwiatowych, to moim zdaniem bardziej opłaca się kupić taką książkę niż zestaw do haftu- cena podobna, a ile więcej możliwości :) Nie było to jednak nic super odkrywczego, raczej standard jeśli chodzi o autorkę.

Z katalogu było tradycyjnie trochę motywów dziecięcych, ale królowały wzorniki, tradycyjne z alfabetem i zestawy tematycznych obrazków (nie tylko motywy kuchenne). Odniosłam wrażenie, że spora część obrazków była już u nas pokazywana nie raz, tak naprawdę nie było zbyt wiele nowości, za to zaprezentowano np. obrazki haftowane muliną lnianą z serii, która raczej nie jest już u nas dostepna.

Było trochę haftu płaskiego/ kolorowego: wzorniki z alfabetem, a jakże :) i jeden "ogródek"- z tych już kiedyś pokazywanych. Zestawy ogródkowe można było kupić. I tu niespodzianka: wg. Ann Margaret w tych zestawach jest i mulina cieniowana i satine, cały wybór. Tymczasem w zestawach, które oglądałam była niestety tylko standardowa mulina bawełniana (pani w stoisku była mocno zdziwiona moim pytaniem), prezentowany obrazek też wyglądał na wyszyty w całości bawełną. Nie wiem- coś się zmieniło, czy to tylko nasz rynek jest jakoś pokrzywdzony? Nie zdecydowałam się na zakup, ale o tym dalej.

Nie zauważyłam wśród gotowych prac nic z nowości na haft płaski, mimo że w katalogu są.

Zabrakło w tym roku zupełnie projektów z nowymi pomysłami, zwykle była jakaś wybrana technika inna niż krzyżyki, w której były ciekawe prace. Haft płaski był już wcześniej i aż się prosiło o pokazanie czegoś nowego.

Z innych rzeczy było kilka obrazków Orchidei i tu miłe zaskoczenie, dwa naprawdę mi się podobały, nie były toporne. Oby tak dalej.

Pokazano trochę prac z filcu, głównie kwiatki, a z rzeczy ciekawych szale i jak dla mnie były to najciekawsze prace z całej wystawy. Oprócz tego kilka swetrów z włóczek Bergere de France i nie wiem- może ja jestem już zmanierowana przez Szarotkowo- ale wszystkie te swetry jakieś takie nie bardzo, w stylu wora albo babciowym. Naprawdę nie można choć trochę się postarać? Dużo by pewnie dało pokazanie takich prac na manekinach, przypięte do tablic były raczej bezkształtną masą. Mnie w każdym razie do zakupu włóczki nie zachęciły.

Co do części zakupowej: zaczęłam się zastanawiać, co takiego jest w Polakach, że nie chcą zarabiać pieniędzy. Stoisko DMC było obsługiwane przez sklep nadodatek.pl, który nie pofatygował się nawet z przywiezieniem nici i tkanin. Można było kupic gotowe zestawy, kawałki aidy drukowanej we wzorki, ale wyłącznie w tonacji wściekle różowej (a przecież DMC ma dużo większą i ciekawszą ofertę) i kilka książek (no i jakieś gadżety, ale to ominęłam). Jak pisałam wcześniej, nie zdecydowałam się na zakup zestawu z ogródkiem, bo zależało mi na eksperymencie z różnymi nićmi, a tu z eksperymentu nici :) Uznałam, że lepiej będzie pokombinować samemu :) Były też malutkie zestawy do haftu płaskiego, wzory w sumie przyjemne, ale rozmiar 10x10 cm skutecznie mnie zniechęcił. Haft na tak maleńkim skrawku tkaniny nie należy do przyjemności, a przecież potem trzeba z nim jeszcze coś zrobić. Chyba jednak wolę wzory, które daje się nanieść na dowolnie wybraną rzecz.

Kupiłam jeden mocno już historyczny zestaw krzyżykowy i, szczerze mówiąc, mocno się zdziwiłam, bo wzór jest czarno-biały na tak cienkim papierze, że wychodzi na to, ze wydruk ze skanu będzie miał dłuższy żywot. Echhh...

Było mikrostoisko Galplastu, który tym razem intensywnie promował filcowanie igłą, tylko chyba nie przewidział, że ludzie będą chcieli kupić narzędzia do tej techniki. Ostatnie pióro do filcowania sprzedało się około południa i widziałam kilka mocno zawiedzionych pań. Tradycyjnie Galplast nie próbował sprzedać żadnych innych akcesoriów, postawił smutny mały stojaczek z gadżetami Clovera i chyba liczył na to, że nikt się nie zainteresuje. Oczywiście teoretycznie ja w Warszawie mogę coś z tego upolować, ale część odwiedzających była z daleka i nie ma takich możliwości. Tłumaczenie wszystkim, że "można zamówić w internecie" wydało się mocno nietrafione na wystawie, gdzie spora grupa odwiedzających nie wyglądała na odwiedzające internet... Szkoda, bo Clover ma świetne narzędzia, które można by było i pokazać, i sprzedać, i przy okazji zdobyć wierne klientki.

Pojawiła się też firma (bez nazwy- bo się nie pochwalili), która pokazywała rozmaite francuskie książki z wzorami do haftu. Ceny takie sobie, od biedy da się przeżyć. Ale cóż z tego, kiedy tych książek nie dało się na miejscu kupić. Można było zamówić i czekać na przesyłkę w wersji za pobraniem. Jeśli o mnie chodzi, nie znalazłam wśród tych pozycji żadnej, którą chciałabym koniecznie mieć. Gdyby była możliwość zakupu na miejscu, zapewne coś bym wybrała, ale wizja spędzenia upiornej godziny na poczcie przypomniała mi, że istnieje amazon i długa lista książkowych marzeń :)

Ogólnie rzecz biorąc niewiele było w tej wystawie ze święta, za to sporo bylejakości. Rozumiem, że kryzys, ale żeby aż tak? Zabrakło promocji (ludzie  z ulicy nie mieli nawet szans trafić na tę wystawę- w żaden sposób nie była zareklamowana), troszkę chyba zmysłu biznesowego (bo przecież to nadzwyczajne, że ktoś może chcieć coś kupić) i generalnie pomysłu na całość. Miejmy (mimo wszystko) nadzieję, że kiedyś jednak będzie lepiej...

Na pocieszenie- parę zdjęć:

wzornik kuchenny (chyba nowość)- skąd my to znamy?

 

Wzornik zrobiony haftem płaskim

 

obrazek Orchidei- w sumie miłe zaskoczenie

 

szal z filcowym motywem- mnie się podoba :)

 

samotny ogródek:

 

swetry....

 

update:

widać w relacjach, że w Łodzi było pokazanych więcej obrazków niż w Warszawie:

http://mieekkiekaapciee.blox.pl/2011/03/Dni-Kraftu-2011-Haft-Uzytkowy.html

http://modliszkowatworczosc.blogspot.com/2011/03/duzo-zdjec-czesc-i.html

Szkoda, że do nas nie dojechały.

A tu jeszcze jedna recenzja z Warszawy:

http://haft.blox.pl/2011/03/Wystawa-haftow-w-Warszawie.html

poniedziałek, 21 lutego 2011

ale obiecuję, że będę też pisywać na inne tematy :)

Uporałam się z moją półką z dużymi kuponami tkanin. Teraz wygląda tak:

I finished organizing some of my fabrics. That's how it looks now:

uporządkowane tkaniny na półce

Nad tkaninami jest jeszcze pudełko. Kiedyś była w nim herbata.

There's a box over fabrics.

pudełko na drobiazgi szyciowe

Wygląda kusząco, zwłaszcza kiedy się je zdejmie:

Nice picture, don't you think?

pudełko na drobiazgi szyciowe

A w srodku...

Once it contained tea, and now...

pudełko na drobiazgi szyciowe

jak widać, cały miszmasz okołomaszynowy, czyli nici (w pudełku po dziecięcych bucikach), stopki i igły, które się nie mieszczą w maszynie (dla odmiany w pudełku po czekoladkach), jakieś większe części do maszyny, które trudno jest gdziekolwiek upchnąć i instrukcje, których na zdjęciu nie widać, bo zazwyczaj leżą na samej górze. Na co dzień nikt się nie domyśla, jakie skarby są w środku ;)

As you can see, there's all that sewing machine stash that I couldn't put in a machine container: threads, feet, needles, accessories and instructions. Everything in place and really nice looking when closed :)

Pochwalę też wynalazek, którego używam od pewnego czasu, czyli płachtę do utrzymywania kawałków patchworka w jednym miejscu. Nie mam w tym momencie sensownego zdjęcia, ale jest to takie coś. Wygląda to-to jak biała nieszczególnie interesująca tkanina, do której jest dołączony podobnej wielkości arkusz woskowanego papieru. Na tkaninie układa się kawałki właśnie szytego patchworka, nie trzeba przypinać, tkaniny same się "przyklejają" do powierzchni maty. Na to kładzie się papier, składa w kostkę i upycha w dowolnym miejscu. A kiedy potrzeba, wyciąga się, rozkłada i nasze kawałki wciąż są we właściwych miejscach. Świetne, kiedy już się obmysliło ten idealny układ, a nie za bardzo można zostawić rozłożoną robotę na wierzchu. Taką matę można sobie oczywiście powiesić na ścianie i urządzić design wall, ale po pierwsze, trzeba by mieć sporą pustą ścianę, po drugie w przypadku posiadania takiego dziecka jak moje jakakolwiek design wall nie wchodzi w grę (chyba że się ma ochotę na szczególnie szalony design).

Jedyną wadą tego rozwiązania jest to, że papier pewnie w końcu się zużyje i będę musiała wymyślić coś w zamian, ale na razie jestem całkiem zadowolona :)

 

ps. gdyby ktoś miał ochotę się pobawić w związku z porządkami, niech zajrzy tu.

 

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Jej. No więc na początku chciałam powiedzieć, że niezmiernie mi miło, bo nigdy wcześniej nic nie wygrałam w żadnej blogowej zabawie. Pamiętacie mój bałagan? Julka z Projektowni Jednoiglec postanowiła podzielić się ze mną cząstką swoich zbiorów. Bardzo, bardzo dziękuję :)

A teraz do rzeczy.

Porządki się robią. Trochę to trwa, bo postanowiłam rozprawić się z najbardziej kłopotliwą częścią, czyli dużymi kuponami. Tak naprawdę prasowanie ćwiartek nie jest problemem, trudne jest opanowanie tkanin kupowanych na metry, uprasowanie ich to naprawdę dużo pracy. Największe kupony i te, które były pokryte wyraźną apreturą, wrzuciłam przed prasowaniem na szybkie pranie do pralki, mniejsze tylko namaczałam. To ważne, zwłaszcza przy tkaninach, które mają duże szanse się skurczyć. Trzeba się z kurczeniem uporać przed szyciem, chyba że ktoś lubi niespodzianki :) Ponieważ większość moich dużych kuponów tkanin pochodzi z Ikei, a na metkach zazwyczaj znajduję informację "kurczenie 4%", to namoczenie/ pranie i prasowanie gorącym żelazkiem jest nieuniknione. Na szczęście pranie w pralce takim dużym kawałkom wiele nie szkodzi. Tkanin typowo patchworkowych w ćwiartkach raczej nie odważyłabym się tak potraktować.

Tak to teraz wygląda:

ułożone tkaniny (duże kupony)

 

Oczywiście nadal przede mną spory zbiór, ale przynajmniej część już mam za sobą :)

Jak będzie wyglądał dalszy ciąg porządków?

  • Nadal będę zerkać, co planuje Jednoiglec :)
  • Raczej nie rozważam pozbywania się tkanin, chociaż kto wie... Być może pozbędę się nadmiaru, kiedy dojdę, ile czego mam :) Poza tym ogarniam też inne robótkowe zasoby, muszę zrobić przegląd wszystkiego ;)
  • Na razie planuję usunąć problem z biblioteczki, po części dlatego, że go widać ;)- jednym słowem przede mną reszta dużych kuponów. Co do reszty, to ćwiartek przede mną już niewiele, za to muszę uporzadkować pojemnik z drobiazgiem.
  • Co do klucza, to myślę, że dotychczasowa metoda nie była zła, trzeba ją tylko dopracować. Czyli: duże kawałki pozostaną na biblioteczce, raz dlatego, że nie mam na nie miejsca gdzie indziej, a dwa- bo nie straszą. No i mój syn jakoś się nimi nie interesuje. Ćwiartki i byty ćwiartkopodobne zostaną w pojemnikach ukryte głęboko w szafie. To z tego względu, że mały Ede wie, co dobre, i najchętniej bawiłby się tymi najdroższymi ;) Niestety potem niewiele z nich zostaje ;) Rozważam wykorzystanie niższych pojemników i takie ułożenie tkanin, żeby był do każdej łatwy dostęp.Sortowanie po kolorze. Drobiazg zostanie popakowany w małe torebki: oddzielnie kwadraciki, paski itd., a reszta pewnie też wg. kolorów.
  • Już myślę, na co wykorzystać część moich zbiorów i co ciekawsze pomysły zapisuję, żeby nie zaginęły :)

 

A poza tym pozbywam się innych zalegających rzeczy i niedokończonych prac. W tym tygodniu skończyłam cytrynki z pachnącego zestawu DMC:

haftowane cytrynki- pachnąca mulina

 

i uszyłam wierzch poduszki- to tak w ramach pozbywania się nadmiaru tkanin:

wierzch poduszki dla Edka

W najbliższych planach jest spód i ciąg dalszy kołderki, która się robi i skończyć nie może ;)

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Nadal nie umiem zrobić porządnego zdjęcia w obecnych warunkach oświetleniowych, więc będzie takie sobie. W ramach przeglądu, czegóż to ja nie zrobiłam, przedstawiam ścienną makatkę, której zapowiedź była już dawno temu.

makatka ścienna/ splasher

Makatka jest prawie- kopią starej makatki, która wisiała w domu moich dziadków. Nie ukrywam, że się do niej przywiązałam. Ale tamta makatka nie nadaje się już kompletnie do użytku, lata wiszenia na ścianie na zmianę z praniem zrobiły swoje. Zarówno oryginał jak i moja kopia spełniają rolę dobrze pokazaną przez angielskie słowo "splasher"- chronią ścianę przed zachlapaniem. Tamta wisiała za wiadrami z wodą- bo w owych czasach nie mieliśmy bierzącej wody (nie jestem aż taka stara, naprawdę). Moja wisi nad stołem w naszej mikrokuchni- i teoretycznie też chroni przed zachlapaniem (chociaż ściana jest zmywalna i zupełnie tego nie potrzebuje), a w praktyce głównie wygląda :)

Makatka miała być z założenia nieidealna, troszkę krzywa, jak to makatki. Wzór został odrysowany z oryginału, który pewnie przynajmniej częściowo też został skądś odrysowany. Co ciekawe, raz widziałam na allegro makatkę z obramowaniem z takich winorośli, ale "wnętrze" było zupełnie inne.  W ogóle nigdy nie spotkałam takiego obrazka w środku, kolorowe makatki też nie pojawiają się zbyt często, zazwyczaj są jednobarwne. Napis jest ewidentnie bezpośrednim tłumaczeniem z francuskiego, przecież po polsku mówi się "Smacznego!"- to też mnie zastanawia. Może ktoś się spotkał z czymś podobnym i podzieli się informacjami?

This splasher is a copy of an old splasher from my grandparents' house. I hanged it over my kitchen table. I saw the vine motif on other splasher but never found the same inner picture. The text is a direct translation of French "Bon appetit!"- and it's strange, nobody says it that way here. The other strange thing is it's colorful while splashers are rather one-colour. Is there anybody who saw something like that?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14