Sztuka plątania nitek
***
niedziela, 12 stycznia 2014

Pojawiła się ostatnio na fejsbukowej grupie Warszawa szyje dyskusja o wykończeniach szwów. Uwaga, że spora część rzeczy sprzedawanych jako rękodzieło jest w sumie marnej jakości, przyniosła komentarze typu "bo na kursach tego nie uczą", "bo nie ma tutoriali", "bo w instrukcjach szycia o tym nie piszą" itp.

Nie bardzo wiem, czego w takim razie uczą na kursach szycia (nigdy na żadnym nie byłam, może ktoś się podzieli doświadczeniem?)- i, przede wszystkim- za co biorą pieniądze. Tutoriale, oczywiście też są, o ile się wie, czego szukać. W instrukcjach do wykrojów zazwyczaj szczegółowych opisów nie ma, bo zapewne twórcy wykrojów wychodzą z założenia, że za szycie bierze się ktoś, kto szyć potrafi.

Skąd zatem dowiedzieć się czegoś więcej o samej technice szycia? W dobie komputerów może to się wydać dziwne, ale warto sięgnąć po źródła papierowe. W zalewie kolorowej szmiry poszukajcie książek może mniej efektownych, ale z wartościową treścią.

Co warto czytać?

Jeśli chodzi o pozycje polskie, na pewno warto sięgnąć po książkę Zofii Hanus "Jak szyć". Nie jest, co prawda, szczególnie kolorowa, ale zawiera informacje o najprzeróżniejszych technikach krawieckich. Z niej dowiecie się wszystkiego, czego nie uczyli na kursie ;) O wykończeniach szwów też ;)

Książka jest bardzo przyzwoicie zilustrowana, nie trzeba zgadywać, co autorka ma na myśli:

"Jak szyć" można bez problemu kupić na allegro, za naprawdę niewielkie pieniądze.

Nieco nowsza i niezła jest książka "Proste i modne szycie" Connie Amaden- Crawford. Drażni w niektórych miejscach tłumaczenie, ale istotnych rzeczy się z niej jak najbardziej dowiecie. Osobiście, gdybym miała wybierać, wolałabym "Jak szyć", co nie znaczy, że nie jest to książka wartościowa. Książka jest osiągalna obecnie na rynku, nie wiem, czy wersja wydana przez Łucznika czymś się różni od tej z wydawnictwa Liber.

Trzecia książka po polsku to właściwie leksykon ściegów. Jest przydatna, jeśli chcecie się dowiedzieć, co właściwie potrafi wasza maszyna i owerlock też.

Uwaga! "Sciegi krawieckie" Lorny Knight nie są podręcznikiem szycia, nie dowiecie się z tej książki, jak wszyć rękaw czy uszyć spodnie. Ciężar przeniesiono na pokazanie zastosowania poszczególnych ściegów- ręcznych i maszynowych. Jest też rozdział dotyczący szwów. Książka sama w sobie jest całkiem wartościowa jako uzupełnienie robótkowej biblioteczki. Do kupienia na allegro (szukajcie w rozsądnej cenie- bywa poniżej 30zł)

 

I jeszcze dwie świetne książki po angielsku:

"Complete guide to sewing" wydawnictwa Reader's Digest

Jeśli gdzieś ją spotkacie, nie zastanawiajcie się. Jest to bardzo solidnie zrobiony podręcznik, w którym znajdziecie chyba wszystko :) Język obrazkowy ułatwia zrozumienie ;), opisy są bardzo szczegółowe. Uważam ją za najlepszą szyciową książkę w mojej biblioteczce. Można ją kupić na amazonie, a ja mój egzemplarz... wygrzebałam w szmateksie za 10zł.

Na koniec perełka dla tych, którzy chcą wskoczyć na profesjonalny poziom szycia:

"Couture sewing techniques" Claire Shaeffer to pozycja dla osób, które już coś potrafią, a chciałyby osiągnąć w szyciu mistrzostwo ;) Opisuje techniki szycia i wykańczania ubrań w krawiectwie haute couture. Fascynująca lektura, po tej książce już nigdy nie zechcecie kupować ubrań w sieciówkach ;) Wadę ma tylko jedną- trzeba dobrze znać angielski, żeby z niej skorzystać, same obrazki w tym przypadku nie wystarczą. Jeśli macie zamiar kupować coś na amazonie- wybierzcie tę książkę :)

Tagi: książki
17:56, ziczac
Link Komentarze (9) »
czwartek, 02 stycznia 2014

Nie miałam ostatnio inwencji i trochę też czasu na blogowanie. Czy ktoś mnie jeszcze pamięta?

Coś tam się w tym roku działo, począwszy od zaległych bombek za rok jeszcze poprzedni ;) Niektórych rzeczy tutaj jeszcze nie pokazywałam, może ktoś widział to i owo na FB:

bombkichusta_entrelacchusta_paski1fartuch_duzyfartuch_edek
lalle_1resztkocykszalik_na_mrozytorebka_dla_juliikocyk_delight2
rozowy_kocyk2sniadaniowkifrozen_leaves
DSC03775
2013, a set on Flickr.
Tak czy inaczej życzę sobie więcej czasu i siły, żeby ogarnąć wszystkie sprawy, które się nawarstwiły ostatnimi czasy. I jeszcze trochę czasu na robótki.
A Wam- nowych pomysłów i też czasu, żeby je zrealizować :)
ps.
Zastanawiam się, czy obecna formuła bloga nie wyczerpała się już zupełnie... Może czas już na coś nowego? Co sądzicie?
niedziela, 11 sierpnia 2013

Jak zwykle więcej robię, niż piszę :) Na dziś chusta, którą skończyłam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz doczekała się zdjęcia.

Wzór to Dream stripes dostępny na Ravelry.

Robiłam z Indiecity Hand Dyed i Drops Alpaca, bardzo przyjemne w robocie włóczki. Indiecita ma dość krótkie przejścia kolorystyczne i uznałam, że sama może wyglądać niezbyt efektownie. Ot, nieszczęście włóczek melanżowych: piękne w motku tracą na urodzie w robótce, jeśli jest ich za dużo. Paski pokazały urodę włóczki i pozwoliły uniknąć nadmiaru.

Zajęła mi... niecałe dwa miesiące dojazdów do pracy ;)

dream stripes chusta

chusta dream stripes- szczegóły

piątek, 26 lipca 2013

Blady róż to nie jest kolor z kategorii "bezpiecznych" w moim przypadku, ale uzbierało mi się trochę szmatek z tej kategorii, głównie z racji ciekawych motywów. Do tego w szafie pokutował wciąż różowy minky kupiony razem z niebieskim, więc należało się wreszcie towarzystwa pozbyć.

Wyszedł kocyk bardzo różowy, całe szczęście miałam też brązowe szmatki:

patchworkowy różowy kocyk z polarem minky

patchworkowy różowy kocyk z polarem minky

 

Tkaniny mają fantastyczne motywy, w sam raz do opowiadania :)

patchworkowy różowy kocyk z polarem minky

 

W środek wrzuciłam bawełnianą ocieplinę, więc kocyk grzeje, jest mięciutki, no i odróżnia się od niebieskiego ;) Jak na taaaką wielką różowiznę- chyba nieźle ;)

update: zapomniałam napisać, że zgłaszam różowiznę do akcji uwolnij tkaniny :) Moje naczekały się wystarczająco długo ;)

 

czwartek, 25 lipca 2013

Miało być o czymś innym, ale będzie o tym, czego nie należy robić.

Otóż nie należy liczyć na to, że człowiek z zakładu, sprawiający wrażenie fachowca, zrobi to, co chcecie, tak, jak powinno być zrobione. Może zrobi, a może nie. Mnie się niestety przytrafiła ta druga opcja.

Chciałam- wydawałoby się-  prostą rzecz: zbindować sprężyną dwadzieścia parę kartek i dwie okładki. Poszłam nie do jakiejś dziury, tylko do przyzwoitego (tak sądziłam) zakładu na Śniadeckich, w którym robiłam już różne rzeczy, także niestandardowe. Wytłumaczyłam, czego chcę, powiedzieli, że zrobią. Zapytali o kolor sprężyny, powiedziałam, ze czarna i jak największa.

Oto, co dostałam:

niezwykle równo wycięte i w rozsądnej odległości od brzegu, prawda?

Widzicie dużą czarną sprężynę?

Wg. panienki i jej szefa "to się przecież nie wyrwie, bo to tekturka". A dziurki są tak blisko brzegu, bo "tekturka była krzywa".

Sprawdziłam:

Wszystkie pozostałe narożniki tak samo mają kąt prosty...

A jak się całość otworzy, to widać, jak doskonale spirala została zaciśnięta:

Kartki trzymają się wręcz perfekcyjnie...

No po prostu macki mi dziś opadły. Staram się nie pisać negatywnych opinii, ale czasem po prostu się nie da. Jeśli wpadnie Wam do głowy to, co mi, poszukajcie najpierw innego zakładu i sprawdźcie na jakiejś resztce, co potrafią. A ja zaczynam odkładać na bindownicę...

Na plus powiem tylko tyle, że zwrócili pieniądze za bindowanie. Niestety za zmarnowany czas i materiał nikt mi pieniędzy nie odda.

poniedziałek, 15 lipca 2013

No właśnie. Posiadanie dzieci skłania do poszukiwania rozwiązań pozwalających zrobić różne rzeczy w czasie dziesięć razy krótszym niż normalnie. A kiedy się chce patchwork z upierdliwych do cięcia elementów, czasu ma się mało, noża zostawić na wierzchu nie można, i na dodatek nie wiadomo, kiedy znów się trafi wolne pół godziny, zaczyna się szukać rozwiązań alternatywnych. Dziś udało mi się dziś zrobić zdjęcia, więc będzie szybki kurs cięcia sześciokątów :)

Osoby, które bawią się scrapbookingiem, mają ułatwione zadanie :)

Potrzebny zestaw wygląda tak:

zestaw do cięcia sześciokątów

Co jest na obrazku:

  • maszynka do wycinania (w moim przypadku Big Shot, ale nada się pewnie każda zjadająca grube wykrojniki)- ze sklepu scrapbookingowego
  • dwa wykrojniki do sześciokątów o różnych rozmiarach- j.w.
  • dziurkacz szczypcowy robiący zwykłą okrągłą dziurkę (8,90zł w papierniczym)
  • papier na szablony i tkanina

 

Parę słów o wykrojnikach:

Do cięcia tkanin potrzebne będą grube wykrojniki, takie jak na zdjęciu (moje są z serii Sizzix Bigz). Cienkie "blaszki" raczej sobie nie poradzą. Wybierając wykrojnik sprawdźcie, czy w opisie ma cięcie tkanin. Cena takiej zabawki nie jest niska, ale z drugiej strony, kiedy się przeliczy czas potrzebny do wycięcia tysiąca sześciokątów z papieru i drugiego tysiąca z tkaniny, okaże się, że warto było zainwestować ;)

Istnieją też maszynki i wykrojniki innych firm dedykowane do tkanin, ale w polskich sklepach niestety ich nie spotkałam. Zdecydowałam się na Sizzix-a, kiedy... zaczął robić wykrojniki do patchworku :D

Wykrojniki mają z boku opis, co ułatwia poszukiwania w pudle ;)

wykrojniki do patchworku

Część tnąca jest pokryta gąbką- trzeba się mocno starać, żeby się pociąć:

wykrojniki do sześciokątów

Wg. producenta potrafią sobie poradzić z kilkoma warstwami papieru czy tkaniny, więc na raz można wyciąć całkiem sporo hexagonów :)

Potrzebować będziemy tylko standardowych płytek do cięcia dodawanych do maszynki, żadnych dodatkowych kosmicznych gadżetów :)

Tniemy:

za pomocą mniejszego wykrojnika wycięłam sześciokąty z papieru z bloku technicznego zabranego dziecku...

wycinanie za pomocą big shota

sześciokąty wycięte z papieru

... i zrobiłam w nich dziurki dziurkaczem szczypcowym:

dziurka zrobiona dziiurkaczem szczypcowym

Dziurki są częścią sprytnego planu oszczędności czasu ;) Pomyślcie o wyciąganiu szablonów z gotowej pracy- przez dziurkę można przełożyć np. grubsze szydełko i łatwo wyciągnąć kartonik.

Zabieramy się za tkaninę: użyłam wykrojnika z motywem o większym boku:

cięcie tkaniny za pomocą big shota

Zdarzają się pojedyncze nierozcięte nitki, ale efekt jest całkiem zadowalający:

hexagony z tkaniny

A tak wyglądają elementy gotowe do zszycia:

sześciokąty do patchworku

 Żeby Was jeszcze pozłościć ;) powiem, że istnieją też wykrojniki do wycinania innych kłopotliwych kształtów, np. kół czy apple core. Ja moje wykrojniki kupowałam w Świecie Pasji i w sklepie Na Strychu i mam cichą nadzieję, że będzie takich zabawek więcej ;)

poniedziałek, 06 maja 2013

No właśnie: bierzecie śniadanie do pracy? Ja w zasadzie nie muszę, bo mamy przyzwoitą stołówkę (niektórzy wiedzą ;) ), ale czasem zabieram jogurt, a jogurty, jak wiadomo, lubią zamieniać zawartość torby w coś niekoniecznie zdrowego ;)

Ostatnio nadarzyła się okazja zamienić foliówkę- jogurtówkę w coś bardziej przyzwoitego, efekt wygląda tak:

torebka śniadaniowa

Uszyłam od razu dwie, na tyle starczyło mi materiału. Nie jestem pewna, czy Starszy Inżynier zaakceptuje torebkę w różyczki, ale raz się żyje ;)

Śniadaniówki powstały z tkaniny laminowanej (po ludzku mówiąc- cerata, ale nie taka sztywna i rwąca jak z GS-u) : jest to tkanina o splocie płóciennym pokryta nieprzemakalnym filmem, w dotyku miękka, śliska, nie sprawia wrażenia tłustej. Po stronie z laminatem jest błyszcząca, od spodu taka jak zwykła tkanina.

Jeśli chodzi o wady, to cena jest chyba największą. Niestety jest sporo droższa od bawełny na patchworki, więc trzeba rozsądnie planować zakupy i polować na promocje ;).

Jak się coś takiego szyje?

Szyłam zwykłą igłą, po lewej stronie używałam standardowej stopki uniwersalnej, po prawej stopki z rolkami:

stopka z rolkami do szycia laminatów i skór

Stopka z rolkami widziana od góry

stopka z rolkami do szycia laminatów i skór

Stopka od spodu

Stopka poradziła sobie świetnie, z czystym sumieniem mogę polecić :) Moja to jakiś najtańszy model z allegro, kupiłam kiedyś w przypływie szału stopkowego ;).

Co do samego szycia- trzeba pamiętać o paru zasadach:

  • na lewej stronie można kredką krawiecką odrysować wykrój
  • nie używamy szpilek, zamiast tego przydadzą się klamerki do papieru, spinacze do bielizny itp. wynalazki- byle bez ząbków
  • szyje się tylko raz, bo zostają dziurki, więc trzeba być pewnym tego, co się robi, albo pogodzić się z niedoskonałościami :)
  • szycie po stronie z laminatem wymaga użycia odpowiedniej stopki (z rolkami, teflonowej)

No i jeszcze odpowiedź na pytanie, skąd się takie coś bierze: ja kupiłam w Ładnych Tkaninach, widziałam też takie tkaniny na allegro.

niedziela, 24 lutego 2013

Zdecydowanie czas na prezentację ;)
Niektórzy pewnie mieli okazję śledzić losy resztkocyka na FB, ale należy mu się dłuższa opowieść.



Otóż resztkocyk powstał w większości z resztek- ale jakich! Są w nim motki starsze ode mnie i takie kupowane w czasach najgorszego kryzysu i stanu wojennego, pochodzą jeszcze ze zbiorów mojej babci. Do dziś pamiętam wyprawy do wiejskiej pasmanterii, która wtedy wydawała się rajem ;) Są i takie, które kupiła babcia, a mama przerabiała wiele lat później na swetry i szaliki dla mnie. Miałam konkretne oczekiwania, wcale nie takie łatwe ;) Sweter w szachownicę pewnie wciąż gdzieś jest i czeka na ponowne odkrycie.
Są również akryle, które sama kupiłam we wczesnych latach 90-tych, gdy tylko zyskaliśmy dostęp do zachodnich dóbr i w mieście powiatowym powstał sklep z belgijską włóczką w pięknych kolorach. Wtedy cieszyła oczy, teraz pewnie bym na nią nie spojrzała, ale trzeba przyznać, że mimo stuprocentowej akrylowatości nosiła się całkiem nieźle. Z tej włóczki zrobiłam pierwszy w moim życiu sweter. Prawdę mówiąc był ohydny, ale wtedy mi się podobał ;) Był swobodną twórczością w ramach lekcji ZPT (reszta robiła szaliki ;) ).
Jest też pewna ilość tajemniczej pomidorowej włóczki, którą dostałam od ciotki: skład nieznany, podejrzany kolor i pochodzenie z czegoś sprutego. Musiałam całą przewinąć na pasma i uprać, strach pomyśleć, co przeszła, zanim trafiła do mnie ;)
Są tu i nowsze resztki: wspomnienia po kocyku zrobionym dla mojego syna (odjazd ciążowy I), resztki po dwóch swetrach z czasów studenckich, to, czego nie udało się zużyć na sweterki dziecięce (odjazd ciążowy II), i wreszcie trzy motki kupione na mojej wsi celowo pod kątem resztkocyka.
W sumie jest w nim pewnie ze 40 lat historii i pół szafy rozmaitych wytworów. A patrząc z drugiej strony, jest też miejsce na nowe włóczki i zupełnie nowe historie, które się przydarzą do czasu uzbierania kolejnego pudła resztek :)


sobota, 17 listopada 2012

Widzieli już chyba wszyscy oprócz tych, co zaglądają wyłącznie na bloxa... Jakoś nie miałam weny na blogowanie...

Takie coś mi wyszło dla małej księżniczki ;)

pelerynka z dropsa

Zmajstrowane wg. przepisu Dropsa, z włóczki Andes od Tup-tupka. Robi się łatwo, szybko, i bardzo jest milaste ;) Trochę przesadziłam w zakupach, zostały mi jeszcze dwa motki i właśnie kombinuję, na co by je przerobić ;)

A z kronikarskiego obowiązku dorzucam jeszcze płaszcz czarodzieja, który uszyłam na przedszkolne Halloween, nie było wyjścia ;)

peleryna czarodzieja

 

Zdjęcie fatalne, robione w pośpiechu, bo to była t(fu!)rczość na ostatnią chwilę. To na wierzchu było kiedyś obrusem (aż mi się zmieniła wizja ;) ), a do środka musiałam (!) dać srebrna podszewkę, bo to jest jedynie słuszny kolor dla czarodzieja ;) Całość jest wszyta w plisę zapinaną na rzep, żeby szanowny pan czarodziej miał ułatwione zadanie.

Do płaszcza trzeba było dorobić jeszcze cylinder (bo w sklepach z zabawkami było wszystko, tylko nie to), różdżkę (j.w.), i jeszcze załatwić królika do wyciągania. Proszszzz:

cylinder czarodzieja

W produkcję gadżetów włożył istotny wkład Pan Mąż, co warto zaznaczyć, a zrobiliśmy je z tego, co było w domu; całe szczęście, że istnieją zszywacze i pistolet na klej ;) Królik to chyba dodatek do jakiejś herbaty, został kiedyś przyniesiony przez babcię.

Kapelusz okazał się nader wytrzymały i jeszcze się nie rozpadł, a z produkcji płaszcza zostało mi jeszcze sporo srebrnej podszewki, może przerobię ją kiedyś na rycerza ;) Mam cichą nadzieję, że i płaszcz uda się jeszcze wykorzystać, w końcu wróżki i księżniczki też muszą się w coś ubrać ;)

niedziela, 07 października 2012

Pamiętacie różowomisia? Futra zostało jeszcze trochę. No może trochę więcej...

Kawałek przerobiłam na futrzaki- przytulaki, sztuk dwie. Przy okazji zużyłam pałętające się resztki tasiemek i trochę ovaty, z którą mam ten sam problem, co z futrem ;) Podobno takie rzeczy robi się dla niemowląt. Starsze dziecko przejęło oba i chce więcej ;)

futrzaki przytulaki

A żeby nie było, że się lenię, to uszyłam jeszcze kocyk w tempie ekspresowym, bo starsze dziecko znalazło minky niedługo po dostarczeniu przesyłki i nie chciało oddać ;) Trochę straszno było zostawić drogą materię w stanie niewykończonym, więc czym prędzej się wzięłam za robotę i po tygodniu prac nocnych uzyskałam to:

patchworkowy kocyk z minky

Jak widać, na wierzchu jest patchwork z tego, co znalazłam w szafie (niektórzy pewnie znajdą tam tkaniny z nieistniejących już sklepów), a pod spodem minky:

patchworkowy kocyk z minky od spodu

W środku jest cienka ocieplina z szafy (Yenulko, zużyłam, zużyłam! ;) ). Całość spora, ok. 140x 97cm. Wierzch robiony metodą random ;), tzn. długości poszczególnych elementów są dość losowe i wynikały z wielkości poszczególnych szmat. Przepikowałam to towarzystwo z ociepliną po szwach (stopce chyba należy się osobna notka), przyszyłam spód i gotowe.

Kocyk jest milutki od spodu, obrazki na wierzchu zachęcają do wieczornych opowieści. Od razu stał się ulubionym gadżetem i chyba będę musiała zainwestować w więcej minky ;)

Obie prace zgłaszam do akcji Uwolnij tkaniny, w sporej części są wykonane z tkanin, które spędziły w mojej szafie zbyt dużo czasu ;)

sobota, 06 października 2012

Powiedzmy sobie szczerze, kto by nie chciał mieć tęczowej Revontuli? A zatem mam i ja ;) Skusiłam się daaawno temu na Szarotkach na włóczkę Aade Lõng Artistic 8/2 w kolorze rainbow (od tej pani) i tak sobie biedna pokutowała w pudle czekając na wenę ;) Wena przyszła wraz z dzieckiem, a kończyłam tę chustę w szpitalu na patologii ciąży. To była jedna z tych rzeczy, dzięki którym przetrwałam to szaleństwo...

A potem, jak to zwykle bywa, chusta musiała odczekać swoje w  kolejce do blokowania i oto jest:

revontuli aade long chusta na drutach

revontuli aade long chusta na drutach

Jest ogromna, ma fantastyczne kolory i- zgodnie z opisami Aade- lekko pogryza, ale do zniesienia. Wzór jest banalnie prosty- w sam raz dla osób z niewielkim drutowym doświadczeniem.

Jeśli ktoś się zastanawia nad zakupem wełny estońskiej, to mogę potwierdzić opisy innych osób: jest trochę gryząca, po praniu mniej niż w motku, ale wyczuwalnie. Osoby bardzo wrażliwe powinny poszukać czegoś innego. Ja byłam w sumie mile zaskoczona, na początku się zastanawiałam, co ja z takiego drapaka zrobię, a rezultat jest całkiem, całkiem. Nić miewa cieńsze i grubsze fragmenty, chociaż w gotowej pracy właściwie jest to niezauważalne. Dla mnie nie miało to większego znaczenia, nie rwała się w trakcie przerabiania. W praniu faktycznie wychodzi mnóstwo brudu, musiałam kilkakrotnie zmieniać wodę, za to po wyschnięciu zyskała na miękkości. Myślę, że kiedyś się jeszcze na nią skuszę (w wersji lace dla odmiany), ale najpierw trzeba przerobić zapasy ;)

sobota, 15 września 2012

Obawiam się, że powiększanie zapasów chwilowo idzie mi lepiej, niż uwalnianie, ale się staram ;)

Ostatnio na okrągło:

kosmetyczka wg. przepisu Tone Finnanger

kosmetyczka w kropeczki

firanka z tkaniny od babci, obszyta bąbelkami

Pierwsze dwa zdjęcia to kosmetyczka w groszki uszyta na podstawie wykroju z książki Sew Pretty Homestyle Tone Finnanger. Wykończenie suwaka sponsoruje Anne-Pia Godske Rasmussen i kolega Fryderyk, który mi jej książkę zakupił i przywiózł z ojczyzny ;). Jak widać kropeczki i różowizna w tym sezonie bardzo są popularne ;)

Na trzecim zdjęciu kierowca czerwonego autka postanowił sprawdzić, co to takie dziwne się w domu pojawiło. Tu się należy odrobina wyjaśnienia- bo w zasadzie nie używa(ła)m firanek (aż do teraz)- widoki za oknem mam lepsze niż firanki. Ale robale wpadające wieczorem przez otwarte okno balkonowe dawały się na tyle we znaki, że trzeba było czymś się trochę osłonić. A w szafie czekał w-sam-raz kawałek firankowej koronki, który sprezentowała mi kiedyś babcia. Za mały na cały pokój, ale na drzwi balkonowe wystarczył. Szanowny Małżonek zażyczył sobie obciążenia firanki, więc na dole pojawiły się bąbelki, które przy okazji maskują podłożenie (nie chciałam wszywać taśmy z ołowiem- to już by była przesada). Żadne to cudo, ale spełnia swoje zadanie, a przy okazji szmata ujrzała światło dzienne, a o to przecież chodzi ;)

wtorek, 11 września 2012

Dziś twórczość szpitalna ;)

Jeśli zdarzy się Wam (oby nie!) spędzić blisko 3 tygodnie na oddziale pełnym kobiet w ciąży/ kobiet z dziećmi, docenicie możliwość odizolowania się od świata. Zwłaszcza jeśli jedyną dostępną rozrywką jest płatna telewizja (ja w ogóle nie mam w domu telewizora i właściwie nie oglądam od 17 lat- szpital przekonał mnie o słuszności tej decyzji), a wszystkie rozmowy dotyczą dzieci, strasznych chorób ciążowych i ew. tego, który lekarz przystojniejszy. Życie szpitalne jest równie potworne jak w Guantanamo- zawsze się świeci światło i zawsze jest głośno, a kiedy ktoś rodzi- same wiecie... O prywatności można zapomnieć- nawet w łazience. O postulatach akcji "Rodzić po ludzku" też- pięknie brzmią na papierze, rzeczywistość niestety jest daleko w tyle...

Ale wracając do tematów robótkowych: w szpitalu skończyłam chustę, o której będzie kiedy indziej i popełniłam takie trzy serwetki:

serweta szpitalna 1

serweta szydełkowa szpitalna 2

serweta szydełkowa szpitalna 3

Oczywiście wszystkie trzy w ramach pozbywania się nadmiaru Traditions ;) Jeszcze jedna jest w drodze- mam nadzieję, że ostatnia ;)

Nie ukrywam, że robótki to jedna z niewielu rzeczy, które w takim miejscu pozwalają nie zwariować. Jeśli zamierzacie rodzić, spakujcie szydełko!

niedziela, 09 września 2012

Doszła w czwartek :) Nie jest łatwo wygospodarować czas na lekturę przy dwójce małych dzieci, ale co się odwlecze... Ta książka zasługuje na coś więcej niż przekartkowanie, więc się nie spieszę. I wciąż pachnie farbą drukarską, uwielbiam ten zapach :)

książka Czas odnaleziony - Mimi i Zorki

Dziękuję Mimi :)

Tagi: książki
20:01, ziczac , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 września 2012

scena pierwsza

Nowa knajpa w naszym Mieście Powiatowym. Wygląda fajnie, nie mają alkoholu, niemordownia, znaczy się można z dziećmi wejść.

Wizyta pierwsza:

my: Oo, macie rurki z bitą śmietaną. To poprosimy.

pani z knajpy: Eeee, rurki mamy, ale nie mamy bitej śmietany, bo kupiliśmy złą śmietanę...

Wizyta druga:

my: Co by tu zjeść. Ooo, w karcie jest spaghetti carbonara.

inna pani z knajpy: Eeee,  bo makarony to będą w poniedziałek...

 

scena druga:

Stolyca. Sklep z włóczką się reklamuje, że ma szołrum. I że wszystkich zapraszają, bez wyjątku. I że szołrum taki super i asortyment wspaniały. I spotkania robótkowe też organizują, o!

Tylko zapomnieli napisać, że szołrum na pierwszym piętrze. Bez windy.

Najwyraźniej matki dzieciom i ludzie na wózkach nie mieszczą się w kategorii wszyscy...

 

scena trzecia

Szukam szmat na ubrania, w szczególności sztruksów i grubszej wełnianej dzianiny (Burda mówi: wełniany dżersej, ale za mieszankę też się nie pogniewam). W Dziurze jest tylko sklep z firankami. W Mieście Powiatowym są 4 sklepy ze szmatami (o tylu wiem).

Sztruksu nie było w żadnym.

Dzianiny grubsze niż na letnią koszulkę były w jednym. Wyłącznie akrylowe (od biedy do zaakceptowania), w kolorach od brudnobłotnistego do brudnofioletu... Aaa, jeszcze żarówiasty zielony był...

W kolejnym sklepie (zawierającym krawcową i wielki stos Burd) na moje pytanie o wełniany dżersej dostaję cieniuchną i zimną w dotyku wiskozę. Tłumaczę pani, że chcę wełnę. Taki zimowy materiał, bo teraz to na zimę się szyje.

Pani "krawcowa": Ale nie istnieje coś takiego, jak wełniany dżersej! *

 

No i jak ja mam wspierać lokalną przedsiębiorczość, jeśli ci ludzie naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chcą zarabiać?

 

Powiedzcie, gdzie kupujecie szmaty ubraniowe, bo chyba tylko internet mi pozostaje...  A może kojarzycie jakieś rozsądne sklepy w Warszawie- znaczy w miarę tanie i żeby dało się wjechać dziecięcym wózkiem? No i żeby wybór był większy niż między wiskozą a plastikiem?

 

* nieświadomym jak pani w sklepie polecam lekturę.

 

Tagi: zakupy
21:41, ziczac , inne
Link Komentarze (14) »
niedziela, 19 sierpnia 2012

Nadal się zmagam z przerobieniem zasobów szmacianych, coraz lepiej mi idzie ;)

Ostatnio na tapecie znów były rzeczy proste, na skomplikowane nie mam chwilowo inwencji. A woreczków na bieliznę potrzebowałam bardzo (w zasadzie to potrzebowałam głównie do dziecięcej szafy ;) ). Po wszystkim okazało się, że są przymałe (mam własne w tym samym rozmiarze). Moje dzieci mają więcej skarpetek niż ja...

woreczki na bieliznę

Woreczki mają w środku satynowe podszewki, żeby było łatwo wyciągać zawartość. Są genialnym rozwiązaniem, kiedy nie chce się mieć wiecznego misz-maszu w szufladzie z bielizną.

I jeszcze pozbyłam się sporego zapasu szmaty z Dekorii. I to pozbyłam się ostatecznie, bo zrobiłam obrus i oddałam go mamie (uff).

obrus w kury

Zwykłe obrusy są mało ciekawe do fotografowania, więc tylko kawałek...

Oddałam, bo tymczasem zmieniła mi się nieco wizja ;). Zostało tej szmaty jeszcze trochę, pójdzie pewnie na torby.

Ciąg dalszy nastąpi ;)

środa, 08 sierpnia 2012

Czy pokazywałam już te serwetki? Nie? Zdjęcia się kiszą już od roku na dysku? No to prossszz:

 owalna serwetka szydełkowa

serwetka szydełkowa z łukami

serwetka szydełkowa- ananasy

serwetka szydełkowa w kształcie rombu

mała serwetka szydełkowa

gwiazdki szydełkowe choinkowe

gwiazdki frywolitkowe, frywolitki

serwetka szydełkowa- małe ananasy

 

W zeszłym roku postanowiłam pozbyć się pewnej ilości kordonka zalegającej pod łóżkiem... Prawdę mówiąc robiłam i robiłam i wciąż był... Wciąż jest... Zrobiłam tymczasem jeszcze kilka drobiazgów, też je pokażę w najbliższym czasie. A kordonka jakby wcale nie ubywało. Jeśli ktoś szuka naprawdę wydajnych nici, to Traditions są wydajne, jakby co. I wcale nie miałam dziesięciu motków, tylko napoczęte dwa. Teraz na tapecie jest całkiem spora serweta, ciekawe, czy zostanie, czy zabraknie ;)

ps. wzory serwetek szydełkowych pochodzą w znakomitej większości z gazetki Robótki ręczne, a frywolitek od Renulka i z książki Tatting patterns and designs autorstwa Gun Blomqvist i Elwy Persson

ps2. oczywiście frywolitki są z Aidy, też jej mam za dużo...

wtorek, 24 lipca 2012

Lato. Sezon na lawendę. I mole. Po ataku paskud (owocowa herbatka teściowej, grrr) uznałam, że dłużej już czekać nie będę i przetworzyłam fioletowe szmatki. Nie będą się już męczyć w plastikowym pudle.
A żeby oszczędzić czas (i tkaniny trochę też), wykorzystałam kilka patchworkowych trików i zrobiłam woreczki w ilości hurtowej:

patchworkowe woreczki na lawendę do szafy

Przy okazji pozbyłam się zalegających w pudle koronek i tasiemek.
Woreczki już są na swoich miejscach, mole mogą się bać ;)

ps. Suszoną lawendę kupicie w sklepach zielarskich. Kiedyś bywała też w aptekach, ale ostatnio spotkałam się ze stwierdzeniem, że "zajmuje za dużo miejsca" i u mnie w okolicy apteki już takich ziół nie miewają. 

piątek, 20 lipca 2012

No właśnie. Zaginęła mi gdzieś oryginalna torba wózkowa. Ale że była już mocno sfatygowana (bo i wózek swoje przeżył), uznałam, że czas się pozbyć części zalegających w szafie zapasów i powstała taka oto torba:

Torba jest z tych do bagażnika, nie na ramę. Bardzo narodowa, jak widać ;)

Przez przez przypadek wyszła w kolorach narodowych- tak, zdążyłam na Euro ;)

Przepis wzięłam stąd:
http://www.modabakeshop.com/2010/09/baby-on-go-diaper-bag.html

tyle tylko, że oszczędziłam sobie mozolnego zszywania pasków i torba jest z dwóch jednolitych kawałków tkaniny.

Cóż można powiedzieć...
Zależało mi na czymś szybkim do zrobienia i zapewne nie jest to torba ostateczna ;), ale na razie myślę, czego mi faktycznie potrzeba. Co do zalet, to jest, jest bardzo pojemna, szyje się szybko, no i można na nią wykorzystać zalegające zasoby (Ikea x2+ kawał cienkiej syntetycznej ociepliny bez kleju. Uwaga dla Yenulki: Twój kawałek wciąż jest w mojej szafie ;) ).
Wady dotyczą konstrukcji i pewnie normalni ludzie nie zwróciliby na nie uwagi: podszewkę torby szyje się razem z wierzchem, co sprawia, że wewnątrz są niewykończone szwy. Ze względu na czas obrębiłam szwy na overlocku, lepiej by wyglądały oblamowane. Ale tak naprawdę optymalnie byłoby zrobić podszewkę oddzielnie i problem szwów by zniknął. No i w sumie wolałabym obszerniejsze kieszenie z zapięciem- w przyszłości się poprawi ;)

wnętrze torby- wariacka podszewka

 

Myślałam też nad zrobieniem w docelowej torbie jakiejś kieszeni z tkaniny laminowanej- na pieluszkę z zawartością, bo nie zawsze jest gdzie wyrzucić. A może macie jakieś swoje typy, co powinna taka torba mieć?

Przy okazji torba wpasowała się w akcję Uwolnij tkaniny http://zapomnianapracownia.blogspot.com/2012/06/akcja-uwolnij-tkaniny.html , więc się dopisuję ;) W sumie uwalniam zapasy (nie tylko tkaninowe) już od jakiegoś czasu, więc czemu się nie przyłączyć?

 

obrazek akcji uwolnij tkaniny

sobota, 30 czerwca 2012

Jak już kiedyś pisałam, robienie atrakcji typu słodkie krzyżykowe obrazki do dziecięcego pokoju uważam za marnotrawstwo czasu i energii. Znacznie lepiej jest zrobić zabawki, bo przynajmniej mają szanse się do czegoś przydać. A najlepiej zrobić zabawki, które na pewno się spodobają i na dodatek nie będą czaso- i pracochłonne. No i dadzą się uszyć, żeby matka też coś z tego miała.

Pomysł przyszedł mi do głowy po tym, jak Dziecko Większe zażądało Barbie z sukienkami do malowania. Sukienki był drogie jak !@#%^& i na dodatek mocno jednorazowe. Oczywiście z możliwością dokupienia kolejnych za kolejną stosowną sumkę. Nie mam nic przeciwko lalkom w rękach mężczyzny, ale wydawanie majątku na coś takiego to nie jest dobry pomysł. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie można taniej i lepiej.

Można.

I nawet można mieć nie tylko sukienki, ale malowane zabawki jakie się chce.

Składniki:

  • najtańsze bawełniane płótno w jasnym kolorze (np. takie). Można oczywiście wziąć droższe, zależnie od możliwości i potrzeb ;) Można też wziąć jasną bawełnianą dzianinę, czemu nie. Najlepiej szmatę odzyskać ze starych zapasów albo znoszonej garderoby ;)
  • kredki albo mazaki do tkanin. Koszt- duże pudełko kredek ok. 12zł, mazaki 7-8zł/ szt. Przydadzą się wielokrotnie ;)
  • wypełniacz do zabawek. Ja używam zawartości tego. Jedna poduszka wystarcza na więcej niż jedną zabawkę.
  • dziecko (odpowiednio sprowokowane do działania)
  • maszyna do szycia (chyba że ktoś lubi albo musi szyć ręcznie)
  • żelazko
  • mama/ tata do obsługi żelazka i maszyny (do czasu...)

Wykonanie:

  • mówimy dziecku, że może mieć nową zabawkę i na dodatek samo ją pokolorować.
  • dajemy dziecku kawałek materiału, kredki/ pisaki i pozwalamy się wyżyć artystycznie. U nas trzeba było narysować kontury oczekiwanych bytów, bo Młody jest jeszcze za młody i sam nie potrafi.
  • wycinamy to, co powstało + drugą taką samą część na spód (chyba że wcześniej sprowokowaliśmy dziecko do rysowania lustrzanych odbić zabawki)
  • prasujemy twórczość przez papier (chyba że instrukcja do kredek/ mazaków każe odprawić jakieś inne czary)
  • zszywamy na lewej stronie, tylko nie zapomnijcie o dziurze do wywinięcia. Odważni  pozwalają dziecku na czynny udział w zszywaniu.
  • nacinamy na zakrętach, wywijamy, wypychamy wypełniaczem (dobre zajęcie dla taty, jeśli jest z tych nieszyjących)
  • zaszywamy dziurę (doświadczenie wskazuje, że nie musi być pięknie)
  • dajemy dziecku i cieszymy się uzyskaną chwilą świętego spokoju.

Efekty:

rakieta namalowana przez Edka

autko namalowane przez Edka

turbina namalowana przez Edka

 

Dla niezorientowanych: na zdjęciach jest rakieta kosmiczna, auto i turbina. Nie pytajcie...

W ten sam sposób można sobie poradzić z kieckami dla Barbie, jeśli ktoś musi, tyle że trzeba wcześniej sobie rozrysować elementy stroju albo uszyć sukienkę i dać gotową do malowania. Chyba że ma się już wyedukowane dziecko, które z krojeniem i szyciem poradzi sobie samo ;)

A zaoszczędzone pieniądze przepuszczamy w pasmanterii, sklepie ze szmatami albo księgarni. Jak kto woli ;)

wtorek, 19 czerwca 2012

No bo nie sposób obrobić wszystkiego na raz, poza tym twory szydełkowe i wełniane potrzebują wody i szpilek, a ja wolnych 2 godzin... Więc dziś kawałek tego, co można robić w ciąży/ na macierzyńskim. W kolejności nie całkiem chronologicznej.

Generalnie moim celem było nauczenie się czegoś nowego i/ lub pozbycie nadmiaru zapasów. Poszło całkiem nieźle ;)

 W ramach przyjaźni z Knit Pro trenowałam robienie na okrągło, a dokładniej magic loop. Jak niektórzy wiedzą, moje doświadczenia z pięcioma drutami są mizerne, a efekty nie nadają się do pokazywania. Magic loop okazała się techniką usuwającą wszelkie nieszczęścia i na dodatek banalnie prostą. W ramach treningu robiłam sobie dziecięce sweterki:

od góry (wzór)

 

i od dołu (wzór)

 A w ramach zużywania zapasów pozbyłam się większej części zapasu włóczki Tęcza (i całe szczęście). Do nauki nadawała się doskonale.

 A jak już mogłam usiąść do moich mechanicznych zabawek, na pierwszy rzut poszła zasłona kupiona kiedyś na Pchlim Targu, która okazała się niestety niezbyt bawełniana i w związku z tym kompletnie nieprzydatna patchworkowo. Wzór mimo wszystko sympatyczny, a tkanina z tych dość mocnych i szybko schnących, więc w sam raz na siaty zakupowe:

I w ten sposób jeden zalegający w szafie problem zniknął ;)

Na dziś tyle, ciąg dalszy nastąpi ;)

sobota, 02 czerwca 2012

Stało się i na świecie pojawiła się Szpileczka (a właściwie Minidzidzia- swoją drogą zadziwiające jest zdalne usg w blogosferze- bo trafiłyście płeć): trochę za wcześnie i trochę mała, ale jest, cała i zdrowa.

Moje dwukrotne już doświadczenie wskazuje, że w tym kraju po ludzku urodzić się nie da, chyba że za poważną kasę. Dłuższy pobyt w szpitalu też prędzej  człowieka zaprowadzi do domu wariatów, niż uleczy, ale to nie jest temat na tego bloga.

W każdym razie, z jakimiś nitkami w tyłku, mając nadzieję, że chirurg znał się na robótkach ręcznych, osaczona przez dzieci- bo większe przypomniało sobie nagle o matce, a mniejsze nie zamierza opuszczać kolan (gdzie moja chusta???), próbując połapać się w tym, w co zamienił się dom przez ostatnie tygodnie, ogłaszam, że jeszcze tu wrócę i są szanse, że niedługo. Co prawda padam ze zmęczenia, ale nie zamierzam zapaść na pieluchowe zapalenie mózgu, o nie.

A żeby nie było, że przez ostatnie miesiące nic się nie działo, to powiem, że zaprzyjaźniłam się z  Knit Pro i jest to całkiem owocna przyjaźń ;). No i w ramach autoterapii szpitalnej popełniłam parę szydełkowych głupotek. I wreszcie (WRESZCIE!) coś szyję. Nie wyobrażacie sobie, jak cudownie jest móc pociąć szmaty i wrzucić coś na maszynę po takim odwyku, kiedy nie trzeba już uważać na każdy krok, nawet jeśli wolne chwile się wykrada albo zdobywa kosztem snu. I nieważne, że spędziłam dziś godzinę na zastanawianiu się, dlaczego overlock zrywa nici (skleroza nie boli), i że zrobiłam połowę tego, co zaplanowałam. Wreszcie mogę sobie poszyć i świat wraca do normy. Czego i Państwu życzę ;)

22:37, ziczac , inne
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 stycznia 2012

Niby coś tam robię, ostatnio niemoc mi trochę przechodzi, więc może będzie lepiej. Jeszcze lepiej by było, gdyby interniści odkryli smutną prawdę, że propolki nie pomagają na wszystko, byłabym o jakieś 3 tygodnie do przodu.

W każdym razie, żeby nie było, że zupełnie nic nie robię: Różowomiś gambijski:

 

różowomiś gambijski i kurczak

 

Żeby misiu nie było smutno, na zdjęciu towarzyszy mu kurczak autorstwa Andrzeja Graczyka (mam nadzieję, że Autor się nie obrazi, kurczaka bardzo lubimy).

Z założenia miś miał być klasycznie misiowy, brązowo-sraczkowaty i słodki do bólu. Ale typowo misiowe futerko w sklepie kosztowało majątek (za dużo, jak na pierwsze podejście do tematu pluszowego misia), a w normalnej cenie było akurat łososiowe (trudno). Oczka mu wyszły jakieś takie kaprawe (tak, wiem, że można kupić gotowe oczka i nosy- nie miałam siły szukać), a łeb trochę za duży w stosunku do reszty (nie moja wina, że wykrój był ekstrawagancki). Dziecko stwierdziło, że "brzydki", co nie przeszkadza mu w zabieraniu misia nawet do toalety.

Jednym słowem- różowe, krzywe, ohydne- pełen sukces.

Wzór z książki "Baśniowy świat zabawek" Ołeny Makarenko, powiększony mniej więcej dwa razy. Mam uszyć jeszcze "kapitoszkę i kurczaka i pieska". I dinozaura dla męża. Jest spora szansa, że też będą różowe.

O. I tyle na razie, do zobaczenia po następnym przypływie mocy.

* http://deser.pl/deser/1,111857,10924632,Kolejny_gigantyczny_szczur_znaleziony_w_Nowym_Jorku_.html

niedziela, 01 stycznia 2012

No to ...

Tym, którzy jeszcze tu zaglądają, szczęśliwego nowego i tak dalej.

A mnie trochę więcej energii, bo się ledwo toczę.

 

Szpilka w dwupaku.

16:30, ziczac , inne
Link Komentarze (7) »
niedziela, 16 października 2011

Kolejna porcja robótek, które już dawno miałam pokazać:

Blue Bird Chair DMC- haft krzyżykowy, proj. Kazuko Aoki

Znacie? Na pewno. To Blue Bird Chair projektu Kazuko Aoki.

Jak widać, nie jest taki znowu płaski:

Blue Chair DMC- haft krzyżykowy, proj. Kazuko Aoki- detal

 

Z tym motywem jest w ogóle długa historia. Trafiłam zestaw na ostatniej wystawie DMC, najwyraźniej odkopany ze starych zasobów, bo już dawno nie ma go w katalogu. Niemile mnie zaskoczyło to, że wzór był nie dość, że czarno-biały (a przy sporej ilości backstitchy aż się prosi o kolor), to na dodatek wydrukowany na papierze zbliżonym do gazetowego. Paradoksalnie- ktoś, kto sobie ściągnął ten wzór z sieci, ma pewnie lepszą jakość wydruku niż oryginał, zatem pierwsze, co zrobiłam, to odbiłam wzór na ksero i przynajmniej przestałam się bać, że papier mi się rozpadnie w rękach.

Jak widać, obrazek jest w sumie prosty. o ile nie liczyć muliny metalizowanej. Praca z tą nicią to naprawdę ciężki kawałek chleba, na dodatek DMC ucięło jej taką samą długość, jak zwykłych mulin i nie dało jej w nadmiarze- możecie sobie wyobrazić, jak źle się pracuje tak długimi kawałkami. Pozostałych nici zostało mi sporo, metalizowanej- jeden kawałek.

Swoją drogą mocno się zniechęciłam ostatnio do gotowych zestawów- w jednym z zestawów dołączonych do Cross Stitchera tkaniny dano tak mało, że nie ma możliwości uzyskania efektu ze zdjęcia, w drugim dodano aidę o numer za dużą w stosunku do dołączonych rameczek i nie sposób jest zmieścić w nich wzoru, a nici dla odmiany mają 28cm długości. Jest ich ilościowo dwa razy za dużo, ale więcej czasu się spędza na nawlekaniu kolejnych porcji niż na samym hafcie. O mikrokawałkach aidy w małych zestawach DMC zdaje się już pisałam. Ogólnie mam wrażenie, że lepiej jest pracować z wzorem, do którego dokupuje się nici- przynajmniej można dopasować wielkość tkaniny i długość nici do własnych potrzeb. Nad zestawami najwyraźniej pracują ludzie, którzy "wiedzą lepiej" i to "lepiej" niestety nie obejmuje mojej osoby.

Wracając do obrazka- się mi podoba i jeszcze tylko na ramkę musi poczekać ;) W każdym razie nie utknął w szufladzie w postaci "do zrobienia kiedyś" i w sumie to uważam za największy sukces ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14